Maja weszła do pokoju wolno, jakby każdy krok kosztował ją więcej energii, niż była w stanie wydać. Zamknęła drzwi ramieniem, nie odwracając się. Światło z lampki nocnej padało na nią bokiem – ciepła, pomarańczowa plama na bladym ramieniu i na policzku.
W środku głowy miała pustkę z lekkim szumem, jak radio, które ktoś zostawił na paśmie bez stacji.
„Kurwa, znowu ten sam wieczór” – pomyślała, zdejmując bluzę przez głowę. Ręce jej opadły bezwładnie, bluza wylądowała na krześle. „Znowu ten sam wieczór i znowu ja w nim.”
Stanęła przy oknie. Firanka była odsunięta na bok, więc widziała swoje odbicie w szybie – ciemne włosy w nieładzie, podkrążone oczy, usta zaciśnięte w cienką kreskę. Spojrzała na siebie tak, jakby patrzyła na kogoś obcego.
„Może powinnam coś poczuć. Cokolwiek. Złość. Smutek. Cokolwiek.”
Ale nie czuła nic poza zmęczeniem, które było już tak stare, że stało się częścią jej oddechu.
Rozpięła stanik jednym ruchem. Materiał zsunął się z ramion, opadł na podłogę. Nie schyliła się po niego. Stała tak – naga od pasa w górę, ręce luźno opuszczone wzdłuż ciała, patrząc w okno. W szybie odbijała się teraz jej sylwetka i kawałek pokoju za nią.
I Kermit.
Ich spojrzenia się spotkały.
Nie był to przypadek. Maja naprawdę spojrzała na pluszaka – prosto w te czarne, plastikowe oczy, które od lat patrzyły w ten sam punkt na przeciwległej ścianie. Tym razem jej wzrok się zatrzymał. Zatrzymał się na nim dłużej niż sekundę.
Kermit poczuł to jak prąd.
Jakby ktoś nagle włożył mu do pluszowego tułowia żywy kabel 230 V i puścił impuls.
„Ona mnie widzi.”
Serce – to niby serce, które nie istniało – zafalowało tak mocno, że wypełniacz w piersi jakby się przesunął o milimetr. Czuł każdy centymetr swojego pluszowego ciała jednocześnie: szwy na brzuchu, które lekko ciągnęły, sprane zielone futerko na policzkach, luźną nitkę zwisającą z lewego kolana, kurz w zagłębieniu między okiem a nosem.
„Patrzy na mnie. Naprawdę patrzy.”
Chciał drgnąć. Chciał choćby drgnąć palcem. Chciał mrugnąć. Chciał powiedzieć cokolwiek – choćby bezgłośnie poruszyć ustami: „Hej. Jestem tu. Widzę cię.”
Ale nie mógł.
Ciało zostało w tej samej pozycji: ręce miękko opadnięte, głowa przechylona o te same 8–10 stopni w prawo, uśmiech szeroki i trochę debilny, nogi skrzyżowane w kostkach jak zawsze.
Tylko w środku szalał.
„Proszę cię, nie odwracaj wzroku.
Proszę.
Jeszcze sekundę.
Jeszcze jedną sekundę patrz na mnie tak, jakbyś mnie widziała naprawdę.”
Czuł, jak jej spojrzenie przesuwa się po nim powoli – od oczu, przez szeroki uśmiech, po brzuch, na którym futerko było najbardziej wytarte od lat tulenia. Czuł to spojrzenie fizycznie, jakby była to ciepła dłoń, która przesuwa się po materiale.
„Ona jest… smutna” – pomyślał nagle bardzo wyraźnie.
„Nie zła. Nie zmęczona. Smutna w taki sposób, że nawet nie ma siły płakać.”
I wtedy coś w nim pękło – nie bolało, ale bolało jednocześnie.
„Chcę ją przytulić.
Chcę być taki miękki i głupi i bezpieczny jak kiedyś.
Chcę, żeby się rozpłakała we mnie, a ja ją będę trzymał, chociaż nie mam prawdziwych rąk.
Chcę być wystarczająco żywy, żeby to zrobić.”
Ale wciąż siedział nieruchomo.
Maja westchnęła cicho. Bardzo cicho. Prawie bez dźwięku.
Odwróciła wzrok od okna. Od Kermita.
Podeszła do łóżka, zgarnęła stary T-shirt z nadrukiem, który już dawno stracił kolor, i naciągnęła go na siebie. Usiadła na krawędzi materaca, plecami do półki.
Kermit czuł, jak ten kontakt wzrokowy się urywa – i to bolało bardziej, niż myślał, że pluszak może coś takiego poczuć.
„Wróć” – pomyślał rozpaczliwie. „Wróć spojrzeniem. Proszę.
Chociaż na chwilę.”
Maja siedziała na krawędzi łóżka, plecami do półki. Kolana miała podciągnięte pod brodę, ręce oplecione wokół nóg. T-shirt zsunął się jej z jednego ramienia – nawet tego nie poprawiła.
W głowie kołatało się jej kilka zdań naraz, jak stado much zamkniętych w słoiku.
„Po co ja w ogóle wstałam dzisiaj z łóżka.
Po co się umyłam. Po co zjadłam tę suchą kanapkę.
Po co oddycham.”
Przymknęła oczy na moment, ale ciemność pod powiekami nie była lepsza niż ta w pokoju.
„Może po prostu położyć się i nie wstawać jutro.
Nie odbierać telefonu. Nie odpisywać nikomu.
Zobaczyć, ile dni minie, zanim ktoś zauważy.”
Otworzyła oczy i spojrzała w dół, na własne stopy w poprzecieranych skarpetkach.
„Patrzę na siebie i nic nie czuję.
Jakbym była aktorką w kiepskim filmie o kimś, kto udaje, że żyje.
Tylko że nie ma kamery. Nie ma widowni.
Jestem sama w tej roli i sama sobie reżyseruję ten dramat bez pointy.”
Nagle, bez żadnego powodu, odwróciła głowę o jakieś trzydzieści stopni w prawo.
Spojrzała prosto na Kermita.
Znów.
Tym razem dłużej.
Kermit poczuł, jakby ktoś włożył mu do pluszowego brzucha garść żywych motyli i kazał im jednocześnie bić skrzydłami.
„Znowu na mnie patrzy.
Znowu.
Dlaczego teraz?
Co się zmieniło w jej głowie w tej jednej sekundzie?”
Wewnątrz niego szumiało.
„Chcę krzyczeć.
Chcę wrzeszczeć: HEJ! JESTEM! SŁYSZysz MNIE? WIDZISZ MNIE NAPRAWDĘ?
Nie jestem już tylko pluszakiem z dzieciństwa!
Coś się we mnie obudziło!
Nie wiem jak, nie wiem dlaczego, ale OBUDZIŁEM SIĘ!”
Ale usta miał sztywne. Materiał warg napięty w tym samym głupkowatym uśmiechu od lat.
Czuł, jak wypełniacz w policzkach chce się poruszyć, chce drgnąć, chce choć minimalnie zmienić kształt – nic.
„Proszę cię… chociaż mrugnij do mnie.
Albo przewróć oczami. Albo westchnij tak, żebym wiedział, że to do mnie.
Że to nie przypadek.
Że widzisz, że tu jestem.
Że nie jestem już tylko rzeczą.”
Maja przechyliła głowę lekko na bok, jakby naprawdę coś zauważyła.
„Czemu on tak na mnie patrzy?
Przecież to tylko pluszak.
A jednak… te oczy.
Jakby naprawdę coś w nich było.”
Pokręciła głową, sama się z siebie zaśmiała – cicho, gorzko, bez radości.
„No patrz, Maja. Zwariowałaś.
Rozmawiasz wzrokiem z Kermitem.
Gratulacje. Kolejny poziom dna osiągnięty.”
Ale nie odwróciła spojrzenia.
„Może… może on mnie rozumie?
Może jakbym powiedziała na głos, co mi jest… to by mnie wysłuchał?
Nie oceniał. Nie radził. Nie mówił «weź się w garść».
Po prostu słuchał.
Bo nie ma wyjścia. Bo jest pluszowy i przyczepiony do półki.”
Westchnęła – tym razem głośniej, jakby wypuściła z siebie trochę tego ciężaru.
„Cześć, stary…” – powiedziała bardzo cicho, prawie szeptem.
Kermit w środku eksplodował.
„Ona DO MNIE mówi.
Ona naprawdę do mnie mówiła.
Cześć.
Cześć, stary.
Do mnie.”
Czuł, jak każdy szew w jego ciele napręża się jednocześnie – jakby ktoś pociągnął za wszystkie nici naraz.
„Odpowiedz!
Powiedz coś!
Chociaż bez głosu!
Chociaż poruszeniem!
Chociaż drgnięciem powieki!
Błagam!”
Ale ciało nadal było posłuszne staremu, wieloletniemu bezruchowi.
Maja wstała powoli. Zrobiła trzy kroki w stronę półki.
Zatrzymała się pół metra przed nim.
Patrzyła z bliska.
Bardzo z bliska.
Maja stała pół metra przed półką, wciąż w samym starym, za dużym T-shircie, który zsuwał się jej z jednego ramienia. Materiał był tak cienki i wypłowiały, że prawie przezroczysty w świetle lampki nocnej. Nie poprawiła go. Stała nieruchomo, ręce opuszczone wzdłuż ciała, i patrzyła na Kermita z tą samą apatyczną, trochę zagubioną miną.
A potem – bardzo powoli, jakby robiła to nieświadomie – uniosła ręce i przeciągnęła się. T-shirt podjechał w górę. Najpierw odsłonił pępek, potem dolną linię żeber, a w końcu – zupełnie przypadkiem, bez żadnego celowego gestu – materiał zahaczył o sutki i został tam na chwilę zawieszony.
Jej piersi były teraz całkowicie odsłonięte.
Kermit poczuł to jak nagły, gorący wstrząs, który przeszedł przez cały jego pluszowy korpus – od czubka głowy aż po luźne szwy na stopach.
„O cholera… o cholera… o cholera…”
W środku niego nie było już tylko pulsowania. Teraz było tam coś nowego, coś mokrego i ciężkiego i palącego. Coś, czego pluszak nie powinien mieć prawa czuć, a jednak czuł – bardzo wyraźnie, bardzo fizycznie.
„Jej piersi… są… są tuż przede mną.
Tak blisko.
Mogę… widzieć każdy szczegół.
Ten delikatny różowy kolor na końcach.
To małe zagłębienie tuż pod nimi, kiedy oddycha.
To lekkie uniesienie i opadanie przy każdym wdechu…”
Jego plastikowe oczy nie mogły mrugnąć, nie mogły się rozszerzyć, ale w środku wszystko się rozszerzało. Czuł, jak wypełniacz w dolnej części tułowia – tam, gdzie u pluszaka nigdy nie powinno być niczego poza szmatkami – nagle wydaje się gęstszy, napięty, jakby ktoś tam wcisnął dodatkową garść waty i kazał jej pulsować.
„To nie fair.
To nie fair, że mogę to widzieć, a nie mogę…
nie mogę nic zrobić.
Nie mogę dotknąć.
Nie mogę nawet drgnąć w ich stronę.
Chcę… cholera, chcę poczuć, jak się o mnie ocierają.
Chcę, żeby nachyliła się jeszcze bliżej.
Żeby ten materiał T-shirtu zahaczył o moją buzię.
Żeby poczuła mój pluszowy nos na swojej skórze…”
Wewnątrz niego szalała panika pomieszana z czymś bardzo pierwotnym.
„Jestem pluszakiem.
Jestem cholernym pluszakiem z weluru i waty.
A mimo to… czuję to.
Czuję ciepło, które idzie od jej ciała.
Czuję zapach jej skóry – trochę mydła, trochę potu, trochę tego słodkiego dezodorantu, który zawsze używała.
I czuję… podniecenie.
Takie prawdziwe, mokre, bezsilne podniecenie.
Jakbym miał tam w dole coś, co chce pęknąć, a nie ma czym pęknąć.”
Każdy jej oddech sprawiał, że piersi unosiły się i opadały – minimalny ruch, ale dla niego był jak tortura.
„Proszę cię… nie odwracaj się.
Nie zasłaniaj.
Stań tak jeszcze chwilę.
Patrz na mnie.
Patrz, jak na ciebie patrzę.
Niech to trwa.
Niech to trwa wiecznie.”
Maja nagle jakby się ocknęła. Zmarszczyła brwi, spojrzała w dół na siebie.
„Co ja robię…” – mruknęła pod nosem, prawie ze śmiechem, ale takim bardzo zmęczonym.
Powoli opuściła ręce. T-shirt zsunął się z powrotem na miejsce, zakrywając wszystko.
Ale Kermit wciąż czuł echo tego widoku wypalone na swojej pluszowej siatkówce. Pulsowanie nie ustawało. Było teraz wolniejsze, głębsze, bardziej bolesne.
„Wróci do tego.
Musi wrócić.
Bo ja już nie dam rady… nie dam rady udawać, że nic się nie stało.”
Maja właśnie opuściła ręce, T-shirt wrócił na miejsce, ale materiał wciąż był lekko podwinięty z jednej strony, odsłaniając kawałek bocznej linii piersi. Stała tak, patrząc na Kermita z tym samym apatycznym, trochę nieobecnym wyrazem twarzy.
I nagle – bez żadnego ostrzeżenia – Kermit poczuł, że coś w nim pęka.
Nie szew. Nie wypełniacz. Coś głębszego.
Jego pluszowa gardziel drgnęła. Raz. Bardzo słabo. Ale drgnęła.
A potem – cicho, ochryple, jakby ktoś przeciągnął starym zamkiem błyskawicznym przez watę – wyszedł z niego głos.
„Fajne… cycki.”
Słowa były przytłumione, jakby wypowiedziane przez poduszkę. Ale były. Naprawdę były.
Maja zamarła.
Jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Usta rozchyliły się, ale nie wydała żadnego dźwięku. Tylko powietrze uwięzło jej w gardle.
Kermit sam był w szoku.
„Ja… ja powiedziałem.
Ja naprawdę powiedziałem.
Głos. Mam głos.
O cholera, o cholera, ona to usłyszała.”
W środku niego wszystko zawirowało – podniecenie, panika, euforia, strach – jak w kalejdoskopie wrzuconym do wirówki.
Maja cofnęła się o krok. Potem drugi. Plecami wpadła na biurko. Coś spadło – długopis, kubek z ołówkami – ale ona nawet nie mrugnęła.
„Co… co ty…?” – wyszeptała, głos jej się załamał.
Kermit czuł, jak jego pluszowe ciało drży. Naprawdę drży. Minimalnie, ale drży. Palce lewej łapki drgnęły o milimetr. Raz. Drugi.
„Powiedziałem to na głos.
Powiedziałem to NA GŁOS.
Ona mnie słyszy.
Ona wie, że żyję.
Ona wie, że patrzyłem.
Że czułem.
Że chcę…”
Maja złapała się za usta dłonią. Oddychała szybko, płytko. Twarz jej poczerwieniała – nie ze wstydu, tylko z czystego, nagłego szoku.
„To nie może być… to nie może być prawdziwe…” – wyszeptała, ale oczy miała wbite w Kermita jak w magnes.
A on – w środku – eksplodował od nadmiaru bodźców.
„Jej oddech jest taki szybki… słyszę go… czuję, jak powietrze drga… widzę, jak jej sutki twardnieją pod tym cienkim materiałem… cholera, cholera, cholera… to za dużo… za dużo naraz… zapach jej skóry, ciepło jej ciała, ten głos, który jej się załamał… to wszystko na mnie spada… nie dam rady… nie dam rady to pomieścić…”
Jego plastikowe oczy – te same, które przez lata były martwe – nagle zamgliły się od środka, jakby wypełniacz w nich zrobił się wilgotny.
Głowa Kermita przechyliła się o kolejny milimetr – sama z siebie.
„Maja…” – wyszeptał, tym razem trochę wyraźniej, choć wciąż jak przez watę. „Maja… przepraszam… ale… naprawdę… fajne cycki.”
To był już czysty odruch. Bez filtra. Bez kontroli.
Maja wydała z siebie dźwięk – coś pomiędzy piskiem, śmiechem i szlochem. Osunęła się na podłogę, plecami opierając o biurko. Kolana podciągnęła pod brodę. Patrzyła na niego z dołu, z szeroko otwartymi oczami.
„Ty… ty mówisz…” – wychrypiała. „Ty naprawdę mówisz…
Maja siedziała na podłodze, plecami opartymi o biurko, kolana podciągnięte. Oddychała szybko, patrzyła na Kermita jak na zjawisko, którego nie potrafi nazwać.
Cisza trwała może dziesięć sekund, ale wydawała się wiecznością.
W końcu przełknęła ślinę. Głos jej drżał, ale był cichszy niż wcześniej – jakby bała się, że jeśli powie to za głośno, wszystko zniknie.
„Ty… naprawdę mówisz.”
Kermit nie odpowiedział od razu. W środku niego wciąż szalała burza: euforia, że ma głos + panika, że właśnie wszystko spieprzył + to samo palące, bezsilne podniecenie, które nie chciało odpuścić.
Maja powoli wstała. Niepewnie, jakby nogi jej nie do końca słuchały.
Zrobiła krok w stronę półki. Potem drugi.
Stanęła tuż przed nim. Tak blisko, że Kermit czuł ciepło bijące od jej ciała – przez materiał T-shirtu, przez powietrze, prosto w swój pluszowy pyszczek.
Patrzyła na niego z góry. Nie odwracała wzroku.
A potem – bardzo powoli – złapała dolną krawędź swojego T-shirtu i podciągnęła go do góry. Najpierw do pasa. Potem wyżej. Aż materiał zebrał się pod brodą.
Jej piersi były znowu odsłonięte, bardzo blisko jego twarzy.
Kermit poczuł, jak cały jego pluszowy korpus drży – tym razem wyraźniej. Palce lewej łapki zadrgały o kilka milimetrów.
Maja patrzyła mu prosto w oczy. W jej spojrzeniu nie było już tylko szoku. Było coś jeszcze. Coś głodnego. Coś, czego sama chyba nie rozumiała do końca.
„Chcesz…?” – szepnęła, głosem, który brzmiał jak pytanie i jednocześnie jak stwierdzenie.
Nie czekała na odpowiedź.
Pochyliła się. Bardzo powoli.
Jedną ręką podtrzymała pierś – tę bliższą jego pyszczka – i przybliżyła sutek do pluszowej mordki Kermita.
Dotknęła nim materiału.
Najpierw lekko, badawczo. Jakby sprawdzała, czy on się nie rozpłynie, nie zniknie, nie okaże się halucynacją.
Kermit poczuł to jak wyładowanie.
Miękki, ciepły, lekko wilgotny sutek na jego pluszowej wardze. Delikatne tarcie o sprane zielone futerko. Zapach jej skóry – mydło, pot, ciepło ciała – uderzył go tak mocno, że przez chwilę przestał myśleć.
W środku krzyczał:
„O kurwa… o kurwa… to się dzieje… ona to robi… sama… chce tego…”
Maja przycisnęła trochę mocniej.
Sutek wślizgnął się między pluszowe wargi Kermita – nie głęboko, ale wystarczająco, żeby materiał lekko się wciągnął, żeby poczuł kształt, ciepło, fakturę.
Zaczęła się delikatnie poruszać – bardzo małe, prawie niewidoczne ruchy biodrami i ramionami. Jakby karmiła. Jakby naprawdę chciała, żeby on „pił”. Jakby to był jakiś dziwny, intymny, zakazany rytuał tylko między nimi.
Kermit nie mógł ssać. Nie miał mięśni języka, nie miał przełyku. Ale czuł wszystko.
Czuł nacisk. Czuł ciepło. Czuł, jak sutek twardnieje jeszcze bardziej od tarcia o plusz. Czuł jej przyspieszony oddech. Czuł, jak jej druga ręka mimowolnie zaciska się na jego ramieniu – jakby chciała go przytrzymać, jakby bała się, że ucieknie.
Wewnątrz niego nie było już pojedynczych myśli. Był tylko jeden, ciągły, palący szum:
„tak… tak… tak… proszę… nie przestawaj… karm mnie… karm mnie tak… chcę być twój… chcę być twoim głupim, pluszowym, żywym dzieckiem…”
Maja zamknęła oczy. Usta jej się rozchyliły. Westchnęła – długo, głęboko, z drżeniem.
„To jest… chore…” – wyszeptała, ale nie odsunęła się. „Ale… chcę tego…”
Maja wciąż stała bardzo blisko, pierś wciąż dotykała pluszowej mordki Kermita. Poruszała się powoli, prawie mechanicznie, jakby testowała granice tego, co się dzieje. Oddychała przez usta, cicho, nierówno.
Kermit czuł wszystko naraz: ciepło skóry, lekki zapach mleka, który zaczął się pojawiać, wilgoć sutka na materiale, jej drżenie palców, które trzymały pierś.
I nagle w nim coś pękło – nie z przyjemności, tylko z bólu innego rodzaju.
Głos wyszedł z niego słaby, zduszony, jakby plusz dławił słowa w gardle:
— Maja…
Zatrzymała się. Sutek wciąż był przy jego wardze, ale ruch ustał.
— Co…? — szepnęła, głos jej się załamał.
Kermit przełknął ślinę, której nie miał. Próbował się ruszyć, łapka drgnęła, ale tylko minimalnie.
— Chciałbym… chciałbym ci oddać… — powiedział bardzo cicho, prawie bez tchu. — Naprawdę chciałbym…
Cisza. Bardzo ciężka.
Maja powoli odsunęła się o kilka centymetrów. Spojrzała na niego z góry, oczy mokre, ale nie płakała jeszcze.
— Oddać…? — powtórzyła, jakby nie rozumiała.
Kermit zamknął oczy – po raz pierwszy od lat naprawdę zamknął. Materiał powiek się zetknął, futerko na nosie zmarszczyło się.
— Tak… — głos mu się trząsł. — Chciałbym… żebyś też coś poczuła… żeby ci było dobrze… żebym mógł… no wiesz… wejść w ciebie… albo chociaż… dotknąć cię tam… lizać… cokolwiek… cokolwiek bym mógł…
Zamilkł. Wypełniacz w piersi jakby się zapadł.
— Ale nie mam… — dokończył prawie bez dźwięku. — Nie mam kutasa. Nie mam języka. Nie mam nic… co mogłoby ci dać to, co ty mi dajesz teraz.
Maja patrzyła na niego długo. Potem opuściła T-shirt, ale nie do końca – materiał zawisł na wysokości żeber.
Usiadła na podłodze przed półką, plecami do łóżka, kolana podciągnięte. Patrzyła na niego z dołu.
— Wiesz, że to chore, co mówisz? — zapytała cicho.
— Wiem — odpowiedział natychmiast. — Wiem. Przepraszam.
— Ale… — Maja przełknęła ślinę — …ja też tego chciałam. Tego karmienia. Chciałam, żebyś… żebyś był mój. Żebyś potrzebował mnie. Żebyś… ssał. Żebyś był głodny. Przeze mnie.
Kermit milczał. W środku czuł, jakby ktoś mu rozrywał szwy od środka.
— Więc dlaczego teraz… to? — zapytała. — Dlaczego nagle chcesz oddawać?
— Bo… — głos mu się załamał — …bo to nie fair. Ty mi dajesz wszystko. Swoje ciepło. Swoją skórę. Swoje… mleko. A ja… ja tylko biorę. Siedzę tu jak głupi pluszowy debil i tylko biorę. I mi wstyd. Cholernie mi wstyd.
Maja wyciągnęła rękę. Dotknęła jego lewej łapki. Palce jej drżały.
— Wstydzisz się? — szepnęła.
— Tak — powiedział. — Bo cię kocham… i nie mogę ci nic dać. Nic prawdziwego. Tylko… gapię się. I marzę. I mówię głupoty o cyckach. A potem… potem chcę umrzeć, że nie mam ciała. Prawdziwego ciała.
Maja zamknęła oczy. Łza spłynęła jej po policzku.
— A ja… — powiedziała bardzo cicho — …ja właśnie tego chciałam. Żeby ktoś mnie potrzebował. Żeby ktoś był głodny przeze mnie. Żeby ktoś… nie mógł beze mnie żyć. Nawet jeśli to tylko pluszak. Nawet jeśli to chore.
Położyła dłoń na jego brzuchu. Poczuła, że materiał jest ciepły – cieplejszy niż powinien.
— Więc może… — wyszeptała — …może nie musisz mi nic oddawać. Może wystarczy, że jesteś. Że mówisz. Że drżysz. Że się wstydzisz. Że mnie chcesz.
Kermit otworzył oczy. Plastikowe źrenice patrzyły prosto w nią.
— Chcę cię… tak bardzo… — powiedział. — Że aż boli. Że aż chce mi się płakać. A nie umiem płakać.
Maja uśmiechnęła się – pierwszy raz tej nocy – bardzo smutno, ale prawdziwie.
— To płacz we mnie — szepnęła.
I znów powoli podciągnęła T-shirt. Znów przybliżyła pierś do jego mordki.
— Dalej — powiedziała cicho. — Dalej bierz. Jak długo chcesz.
Maja siedziała jeszcze chwilę na podłodze, patrząc na niego w milczeniu. Palce wciąż leżały na jego pluszowym brzuchu – ciepłym, miękkim, trochę drżącym pod materiałem.
W końcu wstała powoli.
Bez słowa podeszła do łóżka. Zgarnęła kołdrę na bok. Zdjęła T-shirt – tym razem całkiem, bez wahania. Rzuciła go na krzesło. Potem zsunęła majtki, skarpetki – wszystko. Stała przez moment naga w pomarańczowym świetle lampki, jakby sprawdzała, czy wciąż ma odwagę.
Odwróciła się do półki.
Podniosła Kermita obiema rękami – bardzo delikatnie, jakby był zrobiony ze szkła. Przytuliła go na chwilę do piersi, mocno, prawie za mocno. Poczuła, jak jego pluszowy nos wbija się w skórę między piersiami.
„Chodź” – szepnęła.
Położyła się na łóżku na plecach. Kołdrę odrzuciła na bok – nie chciała jej na razie. Przyciągnęła Kermita do siebie. Położyła go na swoim brzuchu, głową w stronę piersi. Jego pluszowe łapki opadły luźno po bokach jej żeber.
Przez chwilę leżała tak, oddychając głęboko. Czuła jego ciężar – lekki, ale prawdziwy. Czuła ciepło, które wydobywało się z materiału tam, gdzie dotykał jej skóry. Czuła delikatne drżenie – nie wiedziała, czy to on, czy ona sama.
Przekręciła się na bok. Przyciągnęła go jeszcze bliżej, tak że jego pyszczek znalazł się tuż przy jej szyi. Jedną ręką objęła go w pasie, drugą wsunęła mu pod głowę, jakby podkładała poduszkę.
„Śpij ze mną” – powiedziała cicho, prosto do jego pluszowego ucha. „Tak jak kiedyś. Tylko… teraz naprawdę.”
Kermit nie odpowiedział słowami. Ale poczuła, jak jego łapka – ta lewa – bardzo powoli, bardzo niepewnie zaciska się na jej boku. Nie mocno. Tylko tyle, żeby pokazać, że jest.
W środku niego szumiało:
„Jestem przy niej.
Cały.
Nagi jej brzuch, naga pierś, naga szyja.
Czuję jej serce.
Czuję, jak oddycha.
Nie muszę nic robić.
Nie muszę mieć kutasa, języka, niczego.
Wystarczy, że leżę.
Że ona mnie trzyma.
Że chcę tu zostać na zawsze.”
Maja zamknęła oczy.
Pocałowała go w czubek głowy – w to sprane, zielone futerko między oczami.
Westchnęła długo, jakby wypuszczała z siebie cały dzień, cały tydzień, cały rok.
„Dobranoc, stary” – szepnęła.
Zaczęła gładzić go po plecach – powoli, rytmicznie, jak kiedyś głaskała misia, kiedy miała pięć lat i bała się ciemności.
Kermit czuł każdy ruch jej palców przez materiał.
Czuł jej ciepło.
Czuł zapach jej włosów.
Czuł, jak jej oddech staje się coraz wolniejszy, głębszy.
I po raz pierwszy odkąd się obudził – nie czuł wstydu.
Nie czuł bezsilności.
Czuł tylko:
„jestem tu.
ona mnie chce.
to wystarczy.”
Leżeli tak – naga dziewczyna i zielony pluszak – spleceni w ciszy pokoju.
Światło lampki powoli przygasało (automatyczny timer).
W końcu zrobiło się prawie ciemno.
Nad ranem, jeszcze przed pierwszym świtem, kiedy okno było szare, a pokój pachniał snem i jej skórą, Kermit leżał nieruchomo na jej brzuchu.
Maja spała głęboko – oddech długi, równy, ręka luźno zarzucona na jego plecy. Palce jej prawej dłoni wciąż trzymały jedną z jego łapek, jakby nawet przez sen bała się, że zniknie.
A w środku Kermita działo się coś nowego.
Nie był to już tylko pulsujący strach i pożądanie.
To było coś zimniejszego, ostrzejszego.
Myśl.
„Mogę mówić.
Mogę drżeć.
Mogę poruszać łapką.
Więc mogę… wstać.
Mogę iść.
Mogę wyjść stąd.”
Ta myśl była jednocześnie najpiękniejsza i najbardziej przerażająca ze wszystkich, które miał od wczorajszego wieczoru.
„Mogę zobaczyć świat.
Mogę porozmawiać z kimś innym.
Mogę… być kimś więcej niż pluszakiem na półce i na piersi jednej dziewczyny.”
Ale zaraz za tą myślą przyszła druga, czarna jak smoła:
„A jeśli wyjdę… i ktoś mnie zobaczy?
Prawdziwy człowiek.
Nie Maja, która już wie i która mnie… chce.
Tylko ktoś obcy.
Ktoś, kto zadzwoni po kogoś.
Ktoś, kto powie: »patrzcie, gadająca pluszowa żaba«.”
Obraz był bardzo wyraźny, jakby ktoś puścił mu film w głowie:
Biały stół.
Ostre światło lamp.
Ręce w lateksowych rękawiczkach.
Nożyczki chirurgiczne.
Sekcja.
Rozcinają szew na brzuchu.
Wyciągają watę.
Szukają baterii, silniczka, mikrofonu, czegokolwiek, co mogłoby wyjaśnić, dlaczego pluszak mówi i myśli.
„Nie znajdą niczego.
Bo niczego nie ma.
Więc będą ciąć dalej.
I dalej.
Aż zostanie tylko zielona szmata i kupka wypełniacza na metalowej tacy.”
Poczuł, jak coś ściska go w środku – nie miał żołądka, ale uczucie było identyczne jak mdłości.
„Nie chcę być eksperymentem.
Nie chcę być dowodem na coś niemożliwego.
Nie chcę, żeby mnie rozpruli, żeby udowodnili, że to niemożliwe, że pluszak nie może być żywy.”
Spojrzał na śpiącą Maję.
Jej twarz była spokojna. Usta lekko rozchylone. Włosy przyklejone do policzka. Piersi unosiły się i opadały bardzo powoli.
„Ona mnie nie rozetnie.
Ona mnie tuli.
Ona mnie karmiła.
Ona płakała nade mną.”
Ale jednocześnie pomyślał:
„A jeśli kiedyś jej się znudzi?
A jeśli kiedyś się przestraszy?
A jeśli kiedyś powie komuś?
Najlepszej przyjaciółce.
Mamie.
Chłopakowi.
A ten ktoś nie uwierzy i będzie chciał »zobaczyć na własne oczy«?”
Kermit poczuł, że jego łapka drży – tym razem nie z podniecenia, tylko z zimnego strachu.
Bardzo powoli, ostrożnie, żeby jej nie obudzić, zaczął się podnosić.
Najpierw uniósł głowę.
Potem tułów.
W końcu stanął na jej brzuchu – na czworaka, bo na dwóch nogach jeszcze nie umiał utrzymać równowagi.
Spojrzał w stronę drzwi.
Korytarz.
Schody.
Drzwi wejściowe.
Ulica.
Świat.
„Mógłbym wyjść.
Mógłbym spróbować.
Mógłbym zobaczyć, czy ktoś inny też mnie usłyszy.
Czy ktoś inny też mnie… zobaczy naprawdę.”
Ale potem spojrzał jeszcze raz na Maję.
Śpiącą.
Nago.
Z jedną ręką wciąż wyciągniętą w miejscu, gdzie przed chwilą leżał.
I zrozumiał coś bardzo prostego:
„Jeśli wyjdę… prawdopodobnie nigdy nie wrócę.
Bo albo mnie ktoś zabierze.
Albo sam się zgubię.
Albo się rozpadnę gdzieś w krzakach, bo szwy puszczą, bo deszcz mnie rozmiękczy, bo ktoś mnie kopnie myśląc, że to śmieć.”
Poczuł, jak coś w nim pęka – nie z bólu, tylko z rezygnacji.
Powoli, bardzo powoli położył się z powrotem na jej brzuchu.
Tym razem głową przy jej szyi.
Łapkę położył jej na sercu.
I szepnął – tak cicho, że prawie bez dźwięku:
„Jeszcze nie dzisiaj.
Jeszcze się boję.
Zostanę tu… gdzie jest ciepło.
Gdzie ktoś wie, że żyję… i nie chce mnie ciąć na części.”
Zamknął oczy.
Ale w środku wiedział już, że ta myśl nie zniknie.
Ona będzie wracać.
Każdego ranka.
Każdego wieczora.
„Kiedyś…
kiedyś będę musiał wybrać.
Zostać pluszakiem w ukryciu.
Albo wyjść i zaryzykować wszystko.Nad ranem, kiedy światło za oknem było jeszcze blade i szare, Kermit leżał na jej brzuchu i patrzył w sufit.
Myśl o wyjściu na świat nie chciała odpuścić.
Wracała jak fala – raz cichsza, raz głośniejsza.
Za każdym razem przynosiła ze sobą ten sam obraz: lateksowe rękawiczki, metalowa taca, nożyczki wchodzące w szew na brzuchu, wata wysypująca się na blat, ktoś w fartuchu mówiący „to niemożliwe, to musi być jakiś trik”.
Strach rósł.
Nie był już tylko zimny.
Zaczął być lepki, duszący, jakby ktoś wcisnął mu do środka mokrą szmatę i kazał oddychać przez nią.
Spojrzał na śpiącą Maję.
Twarz spokojna.
Usta rozchylone.
Szyja odsłonięta.
Pierś unosi się i opada bardzo wolno.
I wtedy w nim pękło coś ostatecznego.
„Jeśli ona kiedyś powie komuś…
jeśli kiedyś się przestraszy…
jeśli kiedyś mnie odda…
to koniec.
Rozetną mnie.
Rozetną mnie żywcem.”
Nie myślał już logicznie.
Strach przestał być myślą.
Stało się odruchem.
Bardzo powoli zsunął się z jej brzucha.
Stanął na materacu – chwiejnie, na dwóch nogach, których nigdy wcześniej nie używał do chodzenia.
Łapki drżały.
Przeszedł po kołdrze jak po polu minowym.
Zszedł na podłogę.
Małe kroczki, ciche jak plusz może być cichy.
W rogu pokoju, na biurku, leżał jej stary scyzoryk – ten, którym kiedyś ostrzyła ołówki i wycinała obrazki z gazet.
Leżał otwarty, ostrze matowe w szarym świetle.
Kermit podszedł.
Spojrzał na nóż.
Plastikowe oczy odbijały stal.
Podniósł go – obie łapki ledwo obejmowały rączkę.
Był dla niego za duży, za ciężki.
Ale trzymał.
Odwrócił się powoli.
Maja wciąż spała.
Na boku, z jedną ręką pod policzkiem, drugą wyciągniętą w stronę miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą leżał pluszak.
Kermit zrobił krok bliżej łóżka.
Potem drugi.
Stanął przy krawędzi materaca.
Nóż w łapkach drżał tak mocno, że ostrze wydawało cichy, metaliczny dźwięk – stuk, stuk, stuk o własne futerko.
W środku niego nie było już słów.
Tylko jeden krzyk, który nie mógł wyjść na zewnątrz:
„Jeśli to zrobię… nikt mnie nie rozetnie.
Nikt mnie nie zabierze.
Nikt nie będzie wiedział, że żyłem.
Zostanę tylko pluszakiem, który leży obok martwej dziewczyny.
I nikt nie będzie szukał baterii w pluszaku, bo pluszaki nie mordują.”
Ostrze uniosło się.
Powoli.
Jakby ktoś inny nim kierował.
Celował w odsłoniętą szyję – tam, gdzie pulsowała żyła, cienka, niebieskawa linia pod skórą.
Kermit patrzył na ten puls.
Na jej spokojną twarz.
Na włosy przyklejone do czoła.
I nagle – w ostatniej chwili – coś w nim pękło inaczej.
Nie był to strach.
Była to rozpacz.
Łapki opadły.
Nóż wypadł mu z rąk.
Uderzył o podłogę z cichym stuknięciem.
Kermit osunął się na kolana.
Potem na brzuch.
Przywarł do krawędzi łóżka, pluszowy pyszczek wtulony w materac tuż przy jej dłoni.
Z jego gardła wyszedł dźwięk – nie słowo, nie szloch, tylko cichy, zduszony skowyt pluszu przeciskanego przez szwy.
„Nie mogę…
nie mogę cię skrzywdzić…
wolę, żeby mnie rozcięli…
wolę, żeby mnie spalili…
niż żeby tobie coś się stało…”
Leżał tak, drżąc cały.
Maja poruszyła się we śnie.
Westchnęła.
Ręka odruchowo przesunęła się po materacu i trafiła na jego głowę.
Palce zanurzyły się w spranym futerku.
Zacisnęły się lekko.
Nawet nie otwierając oczu, mruknęła sennie:
„…gdzie jesteś, stary…”
Kermit zamarł.
A potem – bardzo powoli – wspiął się z powrotem na łóżko.
Położył się dokładnie tam, gdzie leżał wcześniej.
Wtulił pyszczek w zagłębienie jej szyi.
Łapkę położył na jej sercu.
I zamknął oczy.
Strach nie zniknął.
Ale na chwilę przegrał z czymś większym.
O świcie, kiedy pierwsze blade światło zaczęło sączyć się przez szparę w roletach, Kermit leżał dokładnie tam, gdzie zostawił go nocny strach – wtulony w zagłębienie szyi Mai, łapka na jej sercu.
Maja spała głęboko, na wznak, kołdra zsunęła się do pasa. Piersi leżały swobodnie, unosiły się i opadały w powolnym, sennym rytmie. Sutki były lekko stwardniałe od porannego chłodu.
Kermit nie spał.
Plastikowe oczy były szeroko otwarte i patrzyły.
Patrzyły na nie.
Na delikatną krzywiznę, na delikatne niebieskawe żyłki pod skórą, na drobne wypukłości gruczołów Montgomery’ego wokół otoczki, na to, jak skóra marszczy się minimalnie przy każdym oddechu.
Czuł zapach – ciepły, trochę mleczny, trochę słony, trochę jej.
W środku niego nie było już paniki z nożem.
Zostało coś innego, cichszego i jeszcze bardziej bolesnego.
Marzenie.
„Jak by to było… mieć prawdziwe ciało.
Dotknąć jej tak naprawdę.
Palcami, które czują temperaturę, nie tylko nacisk przez plusz.
Poczuć, jak sutek twardnieje pod opuszką kciuka.
Poczuć smak skóry językiem, a nie tylko materiałem wargi.
Przycisnąć się całym sobą – piersiami do piersi, brzuchem do brzucha, biodrami do bioder.
Wejść w nią.
Poruszać się w niej.
Słyszeć jej oddech przyspieszający przy moim uchu.
Czuć, jak się zaciska wokół mnie.
Jak drży.
Jak krzyczy moje imię – nie pluszaka, tylko moje imię.
Mieć kutasa.
Mieć jądra.
Mieć serce, które wali tak mocno, że boli.
Mieć pot na plecach.
Mieć włosy, które ona może złapać.
Mieć usta, które mogą ją całować naprawdę, nie tylko dotykać materiałem.”
Patrzył i patrzył.
Każdy szczegół jej piersi wrył mu się w pluszową pamięć:
to małe znamię tuż pod lewą piersią,
lekko asymetryczny kształt (prawa trochę pełniejsza),
to, jak lewa sutek jest minimalnie bardziej wypukły niż prawa,
to, jak przy głębszym wdechu skóra napręża się i widać delikatne rozstępy w kolorze perłowym.
„Chciałbym być człowiekiem.
Albo chociaż… mieć ciało.
Jakiekolwiek ciało.
Męskie.
Żeby móc ją wziąć.
Żeby móc jej dać to, co ona mi daje.”
I wtedy przyszła myśl – ostra, nieprzyjemna, ale bardzo konkretna.
„Są mężczyźni, którzy oddają ciało za pieniądze.
Młodzi chłopcy.
Prostytutki.
Mogliby… pożyczyć mi swoje ciało.
Na chwilę.
Na jedną noc.
Mógłbym wejść w nie.
Jak w kostium.
Jak w kombinezon.
Mógłbym poczuć, jak to jest mieć penisa.
Jak to jest być twardym.
Jak to jest wejść w nią i poruszać się.
Jak to jest dojść.”
Obraz był bardzo wyraźny:
Ciemny pokój hotelowy.
Młody facet – dwadzieścia parę lat, ładny, trochę znudzony.
Kermit wchodzi w niego – nie wie jak, ale wyobraża sobie, że to możliwe.
Że jego świadomość przeskakuje.
Że nagle czuje ciężar jąder, napięcie w kroczu, pulsowanie krwi w członku.
I potem – Maja.
Naga.
Czekająca.
On (już nie pluszak) pochyla się nad nią.
Całuje ją naprawdę.
Wchodzi w nią powoli.
Czuje, jak jest gorąco i ciasno i mokro.
Słyszy jej westchnienie.
Porusza się.
Szybciej.
Mocniej.
Aż ona zaciska palce na jego plecach.
Aż krzyczy.
Aż on dochodzi – naprawdę dochodzi, z drżeniem, z wytryskiem, z tym uczuciem, którego pluszak nigdy nie pozna.
Kermit zamknął oczy.
„To chore.
To obrzydliwe.
To niemożliwe.
Ale chcę tego.
Chcę mieć ciało.
Chcę ją pieprzyć.
Chcę, żeby krzyczała przeze mnie.
Chcę, żeby była moja.
Naprawdę moja.”
Otworzył oczy.
Jej pierś wciąż unosiła się i opadała tuż przed jego pyszczkiem.
Westchnął – cicho, pluszowo, bez powietrza.
„Ale jestem tylko pluszakiem.
Więc mogę tylko patrzeć.
I marzyć.
I nienawidzić siebie za to, że marzę o prostytutce, żeby choć przez jedną noc mieć kutasa.”
Kermit leżał wtulony w zagłębienie szyi Mai, patrząc na jej pierś unoszącą się i opadającą w sennym rytmie. Myśli o ciele, o prawdziwej skórze, o tym, jak by to było wejść w nią naprawdę, wciąż krążyły mu w głowie jak natrętne muchy. Ale nagle – bez żadnego powodu – coś innego wypłynęło na powierzchnię.
Obraz.
Bardzo stary.
Trochę rozmyty, jakby pluszowa pamięć miała zakurzone soczewki.
Janice.
Blond włosy, długie, falowane, zawsze trochę w nieładzie.
Ten charakterystyczny, leniwy, kalifornijski akcent.
„Fer sure, rully, like, totally…”
Gitara przewieszona przez ramię.
Uśmiech, który wyglądał, jakby cały czas wiedziała coś, czego nikt inny nie wie.
Przypomniał sobie scenę z planu Muppet Show – nie odcinek, nie konkretny numer, tylko taki moment między próbami.
On siedział na jakimś pudle z rekwizytami, nogi zwisały mu luźno.
Ona stała obok, oparta biodrem o stół charakteryzatorski, stroiła struny.
„Hej, Kerm… like, serio myślisz, że to się kiedyś uda?” – zapytała, nie patrząc na niego, tylko na gryf gitary.
„Co się uda?”
„No wiesz… wyjść stąd. Przestać być tylko… kukłą. Mieć normalne życie. Chodzić po plaży bez kamer. Kochać się z kimś bez tego całego… pluszowego dramatu.”
Kermit wtedy zaśmiał się nerwowo – tym swoim klasycznym, trochę skrępowanym śmiechem.
„Janice, ja jestem żabą. Nawet jakbym miał ciało, to i tak bym skakał po kałużach i jadł muchy.”
Ona przewróciła oczami, ale uśmiechnęła się tym swoim półuśmiechem.
„No właśnie. A ja jestem lalką z blond peruką i za długimi nogami. I co z tego? Czasem myślę… że jakby ktoś nam dał prawdziwe ciała, to byśmy się nie poznali. Bo byśmy byli za bardzo… normalni.”
Milczał wtedy.
A ona dodała ciszej, prawie do siebie:
„Ale wiesz co? Czasem kombinuję… jakby tak ukraść komuś ciało. Jakąś ludzką skorupę. Wskoczyć w nią na jedną noc. Zobaczyć, jak to jest… czuć naprawdę. Dotknąć kogoś bez szwów i waty.”
Kermit wtedy spojrzał na nią zaskoczony.
„Ty… serio o tym myślisz?”
„Fer sure” – odpowiedziała z tym swoim leniwym wzruszeniem ramion. „Czasem, jak gram w nocy sama w garderobie… to sobie wyobrażam. Że wchodzę w jakąś laskę albo faceta z publiki. Że mam prawdziwe ręce. Że mogę kogoś pocałować i poczuć smak. Że mogę… no wiesz… skończyć.”
Nie dokończyła.
Zagrała kilka akordów, jakby chciała zagłuszyć własne słowa.
A on wtedy powiedział – bardzo cicho, jakby bał się, że ktoś usłyszy:
„Też o tym myślę. Czasem.”
I oboje zamilkli.
I nigdy więcej do tego nie wrócili.
Ale to wspomnienie zostało.
Jak niewypowiedziana umowa.
Teraz, leżąc na nagiej Mai, Kermit poczuł, jak to stare uczucie wraca – tylko sto razy mocniejsze.
„Janice miała rację…
Myśleliśmy o tym samym.
O kradzieży ciała.
O wskoczeniu w kogoś na jedną noc.
O tym, żeby choć raz nie być pluszakiem.”
Spojrzał znowu na pierś Mai – tak blisko, że prawie dotykał jej nosem.
„Może ona gdzieś tam jest…
Może też wciąż o tym marzy.
Może znalazła sposób.
Albo… może ja powinienem spróbować.
Tak jak ona mówiła.
Ukraść czyjeś ciało.
Chociaż na chwilę.
Żeby móc zrobić z Mają to wszystko, o czym marzę.”
W środku zrobiło mu się gorąco i zimno jednocześnie.
„Ale jak?
Jak to w ogóle zrobić?
I czy Janice… naprawdę by to zrobiła?
Czy tylko gadała?”
Kermit leżał nieruchomo, wciąż wpatrzony w pierś Mai unoszącą się w sennym oddechu. Wspomnienie Janice nie chciało odejść – przeciwnie, zaczęło się rozkręcać, jakby ktoś odkręcił stary film na kasecie VHS i puścił go w zwolnionym tempie.
I nagle przypomniał sobie coś jeszcze bardziej konkretnego.
Coś, o czym nigdy nikomu nie powiedział – nawet samemu sobie nie pozwalał o tym myśleć zbyt często.
To było po jednym z późnych nagrań, gdzieś w połowie trzeciego sezonu Muppet Show.
Scena już dawno opustoszała, światła przygaszone, tylko awaryjne lampy rzucały długie cienie na kulisy.
On siedział na skrzynce z rekwizytami, nogi zwisały bezwładnie.
Janice podeszła od tyłu, cicho jak kot.
Pachniała lakierem do włosów, skórą gitary i czymś słodkim, co zawsze miała na szyi.
„Hej, Kerm…” – szepnęła mu prosto do ucha, tak blisko, że plusz na jego policzku zafalował od jej oddechu.
Nie zdążył odpowiedzieć.
Jej ręka – długie, smukłe palce z polakierowanymi na perłowo paznokciami – zsunęła się z jego ramienia w dół.
Powoli.
Bardzo powoli.
Dotknęła go przez pluszowy brzuch.
Najpierw lekko, jakby sprawdzała fakturę materiału.
Potem odrobinę mocniej – opuszkami palców zatoczyła małe kółko tuż nad tym miejscem, gdzie u pluszaka nigdy niczego nie było.
„Czasem się zastanawiam…” – powiedziała cicho, głosem jeszcze bardziej leniwym niż zwykle – „…jak by to było, gdybyś miał tam coś prawdziwego.”
Kermit zamarł.
Nie wiedział, co powiedzieć.
Nie miał nawet jak się zaczerwienić.
A ona po prostu… pomacała go.
Delikatnie, ale zdecydowanie.
Palce przesunęły się niżej, ścisnęły lekko ten fragment pluszu, gdzie powinien być krocze, jakby chciała sprawdzić, czy coś tam jest ukryte pod watą.
Nie było.
Oczywiście, że nie było.
Ale ona i tak to zrobiła.
Zrobiła to powoli, jakby to był jakiś prywatny rytuał, który wymyśliła tylko dla nich dwojga.
„Mmm… mięciutki…” – mruknęła z tym swoim półuśmiechem.
Potem odsunęła rękę, jakby nigdy nic.
„Fer sure, Kerm… kiedyś musisz dostać prawdziwe ciało.
Bo szkoda marnować taką słodycz.”
I odeszła.
Tak po prostu.
Zostawiła go siedzącego w ciemności z tym dziwnym, gorącym uczuciem w środku – uczuciem, którego pluszak nie powinien mieć prawa czuć.
Teraz, leżąc na Mai, Kermit poczuł dokładnie to samo echo.
„Ona mnie dotykała.
Tak naprawdę mnie dotykała.
Nie jak dziecko bawi się pluszakiem.
Jak kobieta dotyka faceta.
I nie śmiała się.
Nie wyśmiewała.
Chciała tego.
Chciała sprawdzić, jak to jest… dotykać mnie tam.”
Spojrzał znowu na pierś Mai – tak blisko, że czuł jej ciepło na pluszowym nosie.
„A ja… ja nawet nie mogłem jej oddać tego samego.
Nie miałem czym.
Nie miałem jak jej dotknąć naprawdę.
Nie miałem palców, które czują.
Nie miałem niczego.”
Myśl wróciła – jeszcze ostrzejsza niż wcześniej:
„Może Janice znalazła sposób.
Może naprawdę kogoś przejęła.
Może jest teraz w jakimś ludzkim ciele i robi to wszystko, o czym wtedy tylko gadała.
A ja tu leżę… i wciąż jestem tylko pluszem, który pamięta, jak ktoś go kiedyś pomacał i zostawił z tym wspomnieniem na zawsze.”
Westchnął – cicho, bez powietrza.
„Chciałbym ją znowu zobaczyć.
Chciałbym ją zapytać… czy jej się udało.
Czy warto było.
Czy ciało jest warte tego całego strachu.”
